wtorek, 13 sierpnia 2013

Zmrok o świcie [Rozdział 1]

Mimo iż słońce wstało dość wcześniej to momentalnie zostało przykryte grubą warstwą szarych chmur. Kilka promyków zdołało się jednak wyswobodzić i bezczelnie wpełzło przez szparę w roletach, do wnętrza niewielkiego domku na przedmieściach Londynu. Strugi światła rozpoczęły swoją powolną podróż po meblach i ścianach w pokoju na poddaszu. Nim jednak zdążyły dotrzeć do stojącego w rogu łóżka, z odmętów pościeli poderwała się brązowowłosa dziewczyna, z krzykiem zastygłym na ustach. Jej bladą twarz znaczyły krople potu, a jedna z dłoni zaciskała się na skierowanym przed siebie patyku.
- To tylko sen – wyszeptała, powoli opuszczając różdżkę. Odgarnęła loki z czoła i potarła palcami skronie. Chciała wymazać z umysłu dopiero co przeżyte wydarzenie, ale wiedziała że nie da rady.
Koszmar powtarzał się od nowa, każdego dnia, przez przeszło miesiąc. Mimo iż co noc przybierał inną formę, to niezmiennie stanowił odzwierciedlenie jej najgorszych obaw.
Morderczy bieg, jakby zawieszony w przestrzeni, niemy wrzask, błysk zielonego światła i ciało ukochanej osoby, upadające na ziemię. Ten sam schemat, brutalny w swej prostocie. Był, jak przenikliwy oddech przeznaczenia na karku. Miał jej przypominać o konsekwencjach podejmowanych w życiu decyzji.
Wzięła kilka głębszych wdechów i pomału wyplątała się z kołdry. Jej nagie stopy uderzyły o chłodny parkiet, by po chwili skierować się ku łazience. Nie zdejmując nawet koszuli nocnej wsunęła się pod prysznic i pozwoliła by lodowata woda, znaczyła na jej skórze ścieżki, a cienki materiał przylgnął do ciała. Gigantyczne krople ściekały po jej rzęsach, rozbijając się o policzki. Później zaczęła energiczny masaż gąbką, mocno, aż do krwi. Nie płakała, ale jej dusza była rozdarta. Chciała krzyczeć i uciekać, ale tkwiła w bezruchu.
 Cały ten dziwaczny szereg czynności był swego rodzaju rytuałem, mającym na celu zmycie snu i oddzielenie jawy, od halucynacji. Powtarzała go codziennie i z najwyższą starannością – jej małe placebo, słodki narkotyk. Nie zwracała uwagi na ślady, pozostawiane na parkiecie. Drżąc z zimna usiadła na krześle przy toaletce i zaczęła rozczesywać mokre kosmyki. W lustrze odbijała się jej twarz -  blada cera, podkrążone oczy i rozbiegany wzrok – nie tak powinna wyglądać szesnastolatka w samym środku lipca. Zdjęła ociekającą koszulę i rzuciła ją do kosza na brudy, chwyciła stojący w rogu mop i dokładnie wytarła nim podłogę. Wolała, jak najmniej korzystać z magii, jednak nie z powodu wiszącej nad nią groźby wydalenia ze szkoły. Związała włosy na czubku głowy i ostrożnie zbliżyła się do okna. Nie odsłaniając żaluzji wyjrzała, przez szparę na wąską uliczkę. Rzadka mgła spowijała skwery i napierała na szyby, domy wyglądały na jeszcze bardziej szare niż w rzeczywistości, była też prawie pewna że na skrzyżowaniu dostrzegła dementora,  sunącego skrajem drogi.
 Od miesiąca ten sam widok - tak bardzo do niego przywykła, że nawet przestała się wzdrygać ze strachu. Jeszcze rok temu coś takiego byłoby nie do przyjęcia, ale teraz nastały zupełnie inne czasy. Westchnęła głęboko i starannie pościeliła łóżko. Była siódma, nie miała powodów by wstać wcześniej. Większość jej mugolskich rówieśników spędzała wakacje w towarzystwie znajomych, wyjeżdżając nad jezioro, morze, czy w góry – czas zabawy i beztroski, dla niej również taki był… kiedyś. Wcale nie tak dawno, a jednocześnie nieosiągalnie. W tym roku jeszcze nie zdarzyło jej się o tym pomyśleć, wyjście na spacer, przejażdżka rowerem, czy biwak gdzieś w lesie – były tak abstrakcyjne, że praktycznie nierealne.
 Od kiedy wróciła z Hogwartu zdawała sobie sprawę, że sytuacja jest wyjątkowa. Długo przekonywała rodziców, że muszą zachować wszelkie środki ostrożności. Stanowczo zabroniła im opowiadać komukolwiek o jej uzdolnieniach, przyjaciołach, czy szkole. Wersja oficjalna była taka iż mają adoptowaną córkę Jane, która na całe dwa miesiące wyjechała na kolonię do Walii. Nie powiedziała im otwarcie, dlaczego tak musi być, zażądała obcesowo dostosowania się do nakazów. Często się kłócili, zwłaszcza matka nie chciała przyjąć do wiadomości jej ostatnich, nietypowych zachowań. Nie wychodziła z domu i dwa razy dziennie pieczętowała go zaklęciami obronnymi. Pousuwała z widoku wszystkie swoje zdjęcia i otoczyła ogród specjalnym polem maskującym – wszystko, by chronić rodziców. Miała daleko w poważaniu czy wyrzucą ją ze szkoły, za używanie magii poza Hogwartem. Nawiasem mówiąc ostatnimi czasy Ministerstwo miało na głowie sprawy ważniejsze, niż nastolatka rzucająca zaklęcie w ogrodzie. Nawet jeśli istniały jakieś konsekwencje, to były niczym w obliczu wiszącej nad nią wizji,zobaczenia zwłok jedynych członków rodziny.
Czasami miała wyrzuty sumienia, że przez nią i oni są w niebezpieczeństwie. Voldemort powrócił, więc musiała otoczyć ich szczególną opieką, chociażby z uwagi na ich mugolskie pochodzenie. Tymczasem oni nie mieli zielonego pojęcia co się dzieje i dlaczego ich też dotyka. Niekiedy wieczorami Hermiona siadała na łóżku i łkała gorzko, pytając się w duchu dlaczego oni muszą cierpieć przez jej wybory. Spędzała całe dnie sama, nie mogąc nawet napisać listu do Rona, czy Harrego. Była bliska załamania, choć wiedziała że nie może okazać słabości. Zaciskała zęby i każdego dnia od nowa toczyła swoją personalną wojnę.
Otuliła się starannie swetrem i zeszła po schodach na dół. Rodzice już krzątali się w kuchni, mama smażyła naleśniki, a tata ustawiał naczynia na stole. Zapach kawy był praktycznie widoczny, a na sam widok patelni ślinka napływała do ust. Cały obrazek z pozoru był wręcz sielankowy, a jednak namacalnie czuło się zawisłe w powietrzu napięcie. Strach i śmierć – oto na czym Czarny Pan budował swoją potęgę. Wściekłość zaczęła pulsować w jej żyłach, ale ograniczyła się do zaciśnięcia dłoni w pięści – rodzice nie mogli widzieć, że się łamie.
- Dzień dobry, kochanie – uśmiechnęła się do niej starsza kobieta.
- Cześć mamo – czule pocałowała ją w policzek i zarzuciła ojcu ramiona na szyję.
- Jak się spało księżniczko? – zapytał wesoło, mierzwiąc jej włosy. Lubiła to, że ciągle traktował ją jak małą dziewczynkę. To dawało jej złudne poczucie bezpieczeństwa i pewną intymność, która stała na straży jej względnego spokoju.
- W porządku – odparła, dyskretnie podkradając biszkopcik, z miski.
Nim matka zdążyła solidnie trzepnąć ją w rękę zgrabnie wychynęła z kuchni i włączyła telewizor. Niestety to co głosił prezenter nie najlepiej wpłynęło na jej humor.
 Zawalił się jeden z większych mostów, na wieki posyłając w otchłań kilkadziesiąt samochodów, nad południowo-zachodnią Anglią przeszedł straszliwy huragan, czyniąc spustoszenie wśród ludzi, zwierząt i upraw. Zwieńczeniem tej tyrady było doniesienie o dwóch szczególnie brutalnych zabójstwach, praktycznie w centrum Londynu. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że ofiarami równie dobrze mogli być jej rodzice. Była pewna, że Voldemort z przyjemnością zadałby jej taki cios – wymierzony prosto w serce. Wystarczyłaby jedna groźba, by bez wahania przeszła na ciemną stronę. Dla Harrego byłby to nóż wbity w plecy – czyli spełnienie marzeń Czarnego Pana. Zastanawiała się nad tym w jaki jeszcze sposób mogłaby temu zapobiec – przecież nie ma możliwości, żeby przestali chodzić do pracy, czy sklepu. Przygryzła wargę, skupiając się na ekranie.
Mimo, że całą odpowiedzialnością za ostatnie wydarzenia został obarczony rząd, każdy z magicznego świata doskonale zdawał sobie sprawę, że za tym wszystkim stoją Śmierciożercy. Mimowolnie zacisnęła palce na różdżce, a po odkrywczym stwierdzeniu jednego z posłów, jako by w kraju panowały ”złe nastoje”, zamaszystym ruchem wyłączyła odbiornik. Zawieszona między smutkiem, bezsilnością i rozgoryczeniem wróciła do kuchni, gdzie jej rodzice właśnie rozmawiali o nietypowej, lipcowej pogodzie. Całkowicie wyłączyła się z konwersacji, skupiona na obserwacji ulicy za oknem i powolnym przeżuwaniu tosta.
- Hermiono! – z zamyślenia wyrwała ją dłoń, szybująca tuż przed jej nosem.
- Tak? – zapytała z roztargnieniem.
- Pytałem się właśnie, jakie masz plany na najbliższe dni – z troską spojrzał w jej oczy, odgarniając kilka opadających na twarz kosmyków.
- Jeszcze nie wiem – głośno przełknęła wszystko, co miała w ustach – najszybciej, jak się da chcę polecieć do Nory. Będziecie bezpieczniejsi, kiedy mnie tu nie będzie.
Czuła, że zaraz nastąpi wybuch. Nie lubiła tych popsutych przez kłótnie śniadań, które ostatnio stanowiły nieodłączny element dnia. Chcąc zwilżyć wyschnięty język, solidnie poparzyła przełyk herbatą.
- Chcesz powiedzieć, że nie ma cię cały rok, nie przyjeżdżasz nawet na święta, a teraz gdy choć na chwilę mamy cię tylko dla siebie uciekasz?! – warknęła jej mama, brutalnie wbijając widelec w naleśnika.
- Nie mamo, to nie tak – zaczęła zirytowana, powoli smarując kromkę masłem.
- A właśnie tak to wygląda! – oskarżycielsko wycelowała w nią sztućcem.
- Matka ma rację. Kochanie zrozum, inni rodzice…- jego ton był spokojny, jednak brzmiała w nim ostrzegawcza nuta.
- Inni rodzice nie mają mnie za córkę – przerwała mu oschle.
- I mają wielkie szczęście! – syknęła kobieta.
- To mnie wymieńcie, na kogoś innego! – jednym haustem wlała w siebie resztkę herbaty.
- Z przyjemnością!
- Kochane, nie kłóćcie się! – usiłował złagodzić sprawę pan Granger.
- Mogłabyś odłożyć życie towarzyskie choć na chwilę!
- To nie jest moje życie towarzyskie!
- To czemu nas okłamujesz?
- Nie okłamuję! – była bliska wyciągnięcia różdżki, jednak stanowczo się powstrzymała.
- Nie mówisz całej prawdy! – Matczyne oczy płonęły niebezpiecznym blaskiem, podobnie jak wtedy gdy ganiła córkę,  jakąś złą ocenę w szkole.
- Nie mogę, to wyjątkowa sytuacja!
- Niby jaka? Zakochałaś się? To jest ta sytuacja? – kpiła, patrząc córce w oczy.
To przelało czarę goryczy. Ryzykowała wyrzucenie ze szkoły, urwanie kontaktów z Ronem i Harrym, a nawet życie, żeby oni byli bezpieczni, tymczasem w zamian otrzymywała oskarżenia i wyrzuty. Po chwili usłyszała swój własny głos, wydobywający się gdzieś obok.
- Jest wojna do jasnej cholery! Czy wy nie możecie tego zrozumieć?!
Po tych słowach zapadła cisza. Jedynym dźwiękiem słyszalnym w pokoju było tykanie zegara. Dziewczyna zakryła usta dłonią, nie mogąc w to uwierzyć. Po raz pierwszy powiedziała to głośno. Nie było sensu dłużej ukrywać prawdy, musieli mieć świadomość zagrożenia. Emocje powoli opadły, a złość wyparowała. Podniosła krzesło, które wywróciła wstając i z powrotem usiadła . Powoli odłożyła sztućce i spojrzała na osłupiałych domowników.
- Wojna? – wydukał ojciec, wycierając usta serwetką.
- On wrócił. Ten który zabił rodziców Harrego. Jest dużo silniejszy niż ostatnio. Szczególnie źle jest nastwiony do niemagicznych, jak wy i mugolaków, jak ja. –skrzywiła się, wypowiadając te słowa - Jestem przyjaciółką Harrego i właśnie dlatego może celować we mnie, chcieć mnie złamać. Poza wami nie mam nikogo na świecie. – Ostrożnie spojrzała w oczy rodziców – Przepraszam , ale…Zrobię wszystko, żeby was chronić. – Ją samą zaskoczyła pewność, z jaką to wypowiedziała.
Poczuła łzy wzbierające pod powiekami i postanowiła ich nie tamować. Podeszła do ściany i oparła się o nią dłońmi. Płakała gorzko, z trudem biorąc wdechy, głowę opuściła w dół, a jej barkami wstrząsał szloch. Po chwili poczuła, jak ramiona rodziców obejmują ją i przyciągają do siebie. Ufnie wtuliła się w ich ciała i chłonęła zapach. Nie mówili nic, po prostu stali zapewniając sobie wzajemnie oparcie. Po kilku minutach odsunęła ich delikatnie i otarła łzy. Zrozumieli, a ona wiedziała, że podjęła właściwą decyzję, mówiąc im o tym wszystkim. Unikając jej wzroku poszli do swojej sypialni przygotować się do pracy, a ona cudem powstrzymała się od poproszenia by zostali w domu.
 Gdy pół godziny później wychodzili do pracy pożegnali się nieco zbyt wylewnie, jak dla niej, ale nie skomentowała tego faktu. Rodzina była najważniejsza, musiała o tym pamiętać. Patrząc jak znikają za rogiem obiecała sobie, że nie da ich skrzywdzić.
Trwała wojna, a ona znajdowała się w samym jej sercu. Minął czas bycia rozhisteryzowaną dziewczynką, na froncie nie ma miejsca dla dzieci. Teraz była generałem i nie mogła sobie pozwolić nawet na jedną porażkę, nawet w najmniejszej bitwie. Musiała okazać determinację i udowodnić Voldemortowi, że jest kimś więcej niż szlamą Pottera. Uniosła dumnie podbródek i zacisnęła zęby. Była Hermioną Granger, była twarda.
Zmywając naczynia rzuciła przeciągłe spojrzenie za okno. Nadeszły mroczne dni, te które były ostatecznym zakończeniem jej dzieciństwa. Powoli wycierała talerze i odkładała je do szafki. W tle grało radio, a spiker przygaszonym głosem zapowiadał kolejną piosenkę. W pewnym momencie wyraźnie wyczuła, że ktoś przekroczył barierę. Wyłączyła odbiornik i wsłuchała się w wycie wiatru na zewnątrz. Kątem oka dostrzegła ruch .Słysząc dzwonek u drzwi poczuła, jak wszystkie mięśnie się jej napinają. Zastygła, oczekując rozwoju wypadków , klamka zaskrzypiała, a chłód wdarł się do środka gdy ktoś otworzył drzwi. Zaklęła pod nosem, że akurat dziś zapomniała o pieczęci.
Wydobyła różdżkę i ostrożnie stawiając krok za krokiem ruszyła w stronę przedpokoju. Jej plecy ocierały się o ścianę, a serce wybijało nierówny rytm. Przed oczami zaczęły jej przebiegać wspomnienia; Ceremonia przydziału, górski troll w łazience, każdy mecz Quiddicha, kłótnie z Ronem i rozmowy z Harrym.
Spazmatycznie zaciągnęła się powietrzem i zebrała myśli. Wydobyła z siebie całą odwagę, ukrytą w najgłębszych zakamarkach i ostatni raz obrzucając spojrzeniem kuchnię przygotowała się do skoku. Napięła mięśnie i dokładnie analizując nawet najmniejszy ruch zmusiła się do oderwania stopy od ziemi.
Czas się zatrzymał, gdy wypadła zza rogu, a z jej różdżki wydobył się snop czerwonego światła. Krew buzowała jej w żyłach, a determinacja, niby kurtyna przysłoniła widok. Nastąpiła chwila ciszy, całe napięcie zaczęło się zagęszczać, jednocześnie hamowane i podsycane przez ten moment bezruchu. Coś uderzyło o ziemię, a pokój wypełnił nieprzenikniony mrok.
Odruchowo się cofnęła, gdy jakieś zaklęcie minęło ją o cal. Jej stopa zahaczyła o wybałuszenie na dywanie, a ciało bezwładnie osunęło się w bezkres. Z cienia wyłoniła się znajoma postać, jednak przytłoczona natłokiem wrażeń nie potrafiła jej rozpoznać. Zobaczyła wycelowaną prosto w siebie różdżkę. Ciąg dalszy był dla niej banalny i zaskakująco przewidywalny. Lubiła mieć ostatnie słowo, toteż niemal z lubością pozwoliła, by z kielicha jej warg wypłynęło ostatnie w tej scenie stwierdzenie.
- Teraz umrę – wyszeptała pewnie Hermiona Granger.


1 komentarz:

  1. Wow... Ciekawe kto to? Bardzo podobal mi sie ten rozdzial. Czytam dalej ;*

    OdpowiedzUsuń

Każdy Twój komentarz będzie czymś na kształt Patronusa osłaniającego mnie przed utratą chęci. Czytasz = komentujesz. Pamiętaj o tym, inaczej dementorzy bez litości wyssają moją autorską duszę.

Sowa

Harry Potter - Delivery Owl